B. Słowa, które brzmią groźniej od dział...
Nie. Nic się nie zmieniło. Nie patrzcie w tamtą stronę. To
nie jest ta bajka…
Tylko trzęsienie ziemi na Haiti zabiłoby więcej ofiar. Bo
czyż nasze życie nie jest więcej warte niż milion ludzi, którzy żyją pod gorącą
palmą? Pytanie retoryczne. Tam ból i zniszczenie. Fala zła gnana przybrzeżną
bryzą. Świat patrzy. Świat milczy. Świat porywa nagie, czarne dzieci wprost z
brudnych ulic podłych miast. Niby nic zwyczajnego. Codziennie przecieramy oczy
ze zdumienia jaką to okrutną gra jest życie. Tryb dla wielu graczy pełen jest zabijania,
krwi, żądz, seksu. A my gramy. Wciąż gramy. I nawet napis „Game over” brzmi jakoś
miło. Do tego dążymy. Mamy tak mało sumienia a tak dużo słów. Nosimy je w kieszeni
jak brudne chusteczki. Wyciągamy gdy chcemy otrzeć swoje zmarszczone czoło. A wtedy
zostaje na nim mokra plama poczucia winy. Dlaczego?
Nie wiem czy potrafię tak po prostu chwycić pióro i napisać,
że wszyscy są „be” a inni są „cacy”. Coś się zmieniło (zgłupiałem?). I odkrywanie
prawdy, że „poeta”(tfu!) potrafi pisać tylko wtedy, jak mu jest źle i nikt go nie
rozumie. A przecież w nas jest milion innych uczuć, niektóre nie nazwane lub mające
nazwy wyssane z małego palca. Naszego palca. Bo wszystko co czujemy i o czym myślimy
jest tylko nasze. A to, czy się tym dzielmy ze światem należy tylko do nas. Jesteśmy
w jakimś stopniu panami swojego ciała i umysłu. A władza ogłupia…
Nie. Nic się nie zmieniło. Nie martwcie się...
Naprawdę…
2010-02-16 12:09:05 skomentuj (1)
A. Magiczna 9...
Dziennik pokładowy – Dzień Osiemdziesiąty Dziewiąty
Całując obrączkę myślę o naszej przyszłości…
Setki dni. Razem. Tyle wspaniałych chwil. Mój dom nie jest już sam. Od dziewięciu miesięcy jesteś w nim Ty. Jakże cudownie móc o tym napisać. Pióro aż samo prosi się by napisać coś wielkiego. Coś cudownego. Lecz żadne słowa nie oddadzą choćby cząstki tej ogromnej masy uczuć i szczęścia. Mimo to będę próbował. Tyle mam do napisania. Mnóstwo…
Poranek budzi mnie zawsze gorącymi myślami. Zamiast gorącej kawy. Tak po prostu. Zimna kołdra nie zawsze taka będzie. Kiedyś razem będziemy wstawać. Budzić każdy dzień wspólny otwarciem oczu. Poranny posiłek. Na śniadanie „ kocham Cię” okraszone masłem i słodkim dżemem. Wspólne ubieranie butów. Wiązanie krawata. Wyrzucanie śmieci. Zamykanie zamków u starych drzwi. Czekania na listonosza. Wizyty w hipermarkecie. Stosy zakupów. Kupowanie wyprawki. Sprzątanie po zaschniętym mydle. Odkurzanie starych ramek z fotografiami. Mycie malutkich dywaników. Czyszczenie rdzawych nacieków pod prysznicem. Zamiatanie sterty nieaktualnych gazet. A na obiad „kocham Cię” wraz z sosem pieczeniowym. Dmuchanie świeczek na torcie. Picie słodkiego szampana. Poobiednia drzemka pod kocykiem. Puszczanie latawców nad rzeką. Piknik nad bystrą rzeką. Czekanie na błyskawice podczas burzy. Gonitwa za uciekającą żabą. Mokre kurtki. Zgubione kalosze. Ciepła herbatka. A na kolację ”kocham Cię” z gorącym tostem. Nudny film w telewizji. Wieczorny romans. Książka do poduszki. Ciepłe mleko z miodem. Aspiryna. Tabletki szczęścia. Mycie zębów. Poprawianie piżamy. Sen. Poranek…
Tysiące dni. Razem…
2008-03-25 02:46:37 skomentuj (4)
LXXXXVIII. Epejsodion... Italia...
Dziennik pokładowy – Dzień Sto Osiemdziesiąty Ósmy
O gorzka Italio…
Samotny wędrowiec. Zakurzony plecak na ramieniu. Podróżna torba utkana z nadziei. Cisza. Gdzieś tam obok gwiżdżą samoloty. Jakby jakaś głośna pustka wokoło. Serce wciąż płacze. Smutne jest od dawna. Milcząco dotykam Twej dłoni. Nie mówię o pożegnaniu. Na cóż tu słowa? Na co myśli zbędne? I tak wszystko będzie w hibernacji. Lekkim uśpieniu. Czuwaniu przy gorącej miłości. Nie patrzę na ten samolot. Patrzę w Twoje oczy. Widzę w nich tęcze. Tą samą, która będzie Cię ogrzewać przez miesiąc z okładem. Nie dla mnie ta tęcza. Nie dla mnie te niebiańskie plaże. Zostaję…
Samotna plaża. Zakurzony ręcznik podwiewany przez wiatr. Ciało troskliwie oplecione olejkiem. Słońce ogrzewa zmęczone oczy. Czegoś brak. Spoglądam na rzekę. Brak w niej nurtu. Brak ryb. Brak jakiegokolwiek życia. Jakaś pustka ograniczona bezprzewodowym internetem. Gdzieś na końcu świata nasze myśli splatają się na moment. Radosne chwile są uzależnione od czynników mamonopodobnych. Cisza gra…
Samotny wieczór. Przy ognisku tańczy wesoło ogień i żal. Wódka nie rozgrzewa zmarzniętych wnętrzności. Gdzieś tam obok czai się inne życie. Ktoś się śmieje, ktoś płacze, ktoś umiera, któs pragnie. Normalny świat. Tylko troszkę zimniej. I plaże nie tak ładne. I morze nieprzejrzyste. I słońce jakby mniej nas kochało. A w nocy zapach zgniłych jabłek. Nie wrzosów i mięty. Czuję go codziennie. Jest moją pobudka. Dziwność. Asymetryczny kształt uczuć otwiera się na firnamencie nieba. Widzę. Podziwiam. Jestem obok…
Samotny wędrowiec. Trzy przystanki do szczęścia. Już jestem. Ty jesteś. Jesteśmy. Nie straszny nam zgiełk wielkiego miasta. Cisza nocnej natury. Dwa oddechy. Czyż nie inaczej? Lepiej? Jaśniej mimo mroku?
Lepiej. Od nowa…
2007-12-15 11:38:20 skomentuj (3)
LXXXXXVII.Epejsodion..Album...
Dziennik pokładowy – Dzień Sto Osiemdziesiąty Siódmy
Na starych fotografiach nie ma Cię…
Poranna kawa. Łyk ciepłego napoju rozgrzewa zziębniętą duszę. Słońce nieśmiało zagląda do okien. Cisza. Sny uciekają za horyzont. Do innego świata snu. Już nie są moje. Są kogoś innego. Kto tak samo marzy i śni jak ja. Kogoś podobnego do mnie. Tak samo kochającego życie. Tak samo go kiedyś nienawidzącego. Cisza…
Album. Oprawiony w piękną skórę. Milutki w dotyku. Twoje imię na nim wyryte czułym spojrzeniem. Przewracam kartki. Nie ma. Nie ma na nich mnie. Ani jak byłaś malutkim, słodkim dzieciątkiem. Ani jak pierwszy raz poszłaś do szkoły. Ani na Twoje studniówce. Ani podczas Twoich szalonych zabaw. Nigdzie mnie nie ma. Nerwowo przewracam kartki. Szukam własnego cienia ukrytego za okularami. Nigdzie. Jakby pustka wchłonęła moje ciało na te dwadzieścia lat. Jakbym dotychczas nie istniał. A przecież żyłem, kochałem, cierpiałem, byłem, istniałem. Dziwne. Pozioma zmarszczka na czole sygnalizuje zaniepokojenie. Dziwne. Gdzie ja jestem? Gdzie jesteśmy My?
Album. Przedostatnie kartki. Nareszcie jestem. Malutki, szary, prawie niewidoczny. Stoję gdzieś wśród tłumu. Widzę Twój wzrok. Twoje cudowne oczy. Jesteśmy. Chociaż nikt nie zakreślił w kalendarzu tej daty. Jeszcze miłość nie wie, gdzie są nasze serca. Jestem. Oddycham z ulgą. Im dalej tym więcej tych fotografii. I ja trochę większy jestem. Bardziej mnie widać. Słychać. Coraz głośniej oddycham uczuciem. Coraz głośniej krzyczę, że jestem. Przy Tobie…
Album. Dalszy ciąg białych kartek. Każdego dnia przybywa jedno małe zdjęcie…
2007-11-27 15:40:55 skomentuj (3)
LXXXXVI. Epejsodion... Mea Culpa...
Dziennik pokładowy – Dzień Sto Osiemdziesiąty Szósty
Zbieram Twe dawne łzy jak skarby na dnie szklanej skrzyni…
Budzę się w nocy zalany potem. Znów koszmar! Tyle łez mnie obmyło dzisiejszej nocy. Dosłownie duszę się z braku powietrza. Pod wodą nikt nie umie długo oddychać. Nie jestem rybą. Tylko małym człowiekiem. Znów ten sam koszmar! Aż krwawe łzy popłynęły po suchym policzku. Tyle wstydu. Istne piekło na tej zimnej ziemi. Tysiące obrazów jak z najgorszego horroru. Znów noc zabrała mi piękny sen. Znów przez chwilę jestem sam. Znów płaczę…
Ile jeszcze będzie tego piekła w duszyczkach pięknych, niewinnych kwiatów? Ile łez musi popłynąć abyście zrozumieli jak cenne są te kwiaty? Ile krwi, ile potu, ile słów? Ile wstydu? Dlaczego milczycie? Ściany moje. Okna na świat błękitne. Gdzie jest Bóg a gdzie Szatan? Tyle pytań. Zero odpowiedzi. Nic. Cisza…
Jak można zamienić piękną różę w drewniany, ciemnokształtny przedmiot. Kobieta nie jest przedmiotem. Jest cudem. Największym jaki kiedykolwiek powstał. Jak można lilie zmieszać z błotem? Pozbawić swojej lekkiej natury? Przecież miłość to nie zabawka z chińskiej fabryki. Jak można uciszyć grzechem te piękne słowa i nadzieje? Przecież słowa są równie wiążące jak beton. A wystarczy mały kamyczek żeby zniszczyć fundament każdej miłości i poczucia własnej godności .Dość…
Pochylam głowę nad obrazami świętych. Wybacz im. Wybacz mi. Wybacz nam wszystkim…
Nie mogę już pisać. Wstaje nowy dzień. Trzeba znów rozdawać pocałunki. Żyć na przekór innym. Kochać na przekór losowi. Istnieć…
Dość!
2007-09-04 18:11:17 skomentuj (2)
LXXXXV. Epejsodion... Money...
Dziennik pokładowy – Dzień Sto Osiemdziesiąty Piąty…
Czasami do realizacji marzeń potrzeba śmierci kogoś bliskiego…
Pieniądz. Niekwestionowany król naszego życia. Bez nich nie ma dzisiaj nic. Bez nich nie istniejemy. Nie możemy już nawet się zakochać aż po ślub. Bo wszystko kosztuje. Nawet śmierć. Wszystko. Garść drobnych monet ratuje od głodu i pragnienia. Czyni szczęśliwszym. Pogłębia ocenę własnej samodoskonałości. Czyni życie bardziej kolorowym. A czasem i zdrowszym…
Patrzę smutno na stolik. Sterta żółtych monet o nikłej wartości. Czy za to zbuduję nasz dom? Nie sądzę. Stać mnie jedynie na ciepłe mleko i świeżą bułkę rano. Stać mnie na skromny obiad. Stać mnie na ciepłą herbatę podczas kolacji. Tyle. Na tym kończy się mój budżet. Jakże to niewiele. Mało. Mikroskopijnie malutko. Aż nie widać, że coś obciąża portfel. Trochę wstyd. Jest tyle miejsc, które chciałbym zobaczyć. Jest tyle marzeń. Tyle wzniosłych idei. Jest wciąż niebezpieczna przyszłość. Teraz po dwakroć niewiadoma! Brak bezpiecznego pomostu. A spaść można i zostać z niczym jak żebrak. Tułać się w poczuciu swojej winy i ogromnego żalu. Żalu tak wielkiego że nawet denaturat nie uleczy go w niewielkim choć stopniu. I do tego ten wstyd, że miało się wszystko a teraz ma się tylko poszarpane zlepki marzeń. Wstyd pali od środka jak kwas. Pożera serce, którego na pewno już nikt nie pokocha. Smutek zabiera łzy z oczu. Poranek przynosi zimno i brud. Codzienność aż do śmierci przynosi jedynie kromkę chleba na śmietniku. Nie ma domu. Nie stać mnie na niego! Nie nadaje się do jakiejkolwiek pracy. Nic nie umiem. Jestem pusty. Któż mnie zechce? I prysną marzenia o trójce dzieci i tych wszystkich pięknych zabawkach. Aż żal marzyć! Rzeczywistość pieniądze może zniszczyć nawet największą miłość. Zgnoić pokolenie patrzących ponad tęczą. Kochających za to, co człowiek ma w środku a nie w portfelu. Rzygać się chcę. Mdłość mnie ogarnia na to wszystko. Sam gonię, lecz mam zbyt krótkie nogi. Z pustą kieszenią jak z motyką na słońce się porywam. Nim upadnę walczył będę. Jeszcze jakaś resztka człowieka pracy i człowieka biznesu we mnie jest. Troskliwość wyssana z mlekiem matki. Polisa na życie za marne kilka złotych? Nie uda się. Potrzeba cudu. A najlepiej miliona złotych monet. Inaczej stracę wszystko…
Grosz. Jeden, drugi, trzeci. A marzenia gdzieś znikają. Wybory już blisko. A nikt nie wie co będzie jutro, we wrześniu, w przyszłym roku. Czarna przyszłość. Bez grosza przy duszy. Wstyd…
2007-08-01 13:56:32 skomentuj (3)
LXXXXIV. Epejsodion... Error...
Dziennik pokładowy – Dzień Sto Siedemdziesiąty Czwarty…
Mój ból jest niczym w porównaniu z bólem, który zadałem Tobie…
Jedna chwila. Chwila zapomnienia. Chwila wstydu, bólu, łez, porażki. Domek runął. Grzebiąc nasze nadzieje. Zawaliła się twierdza, którą tak długo i żmudnie budowałem. Pod gruzami leżę ja. Zasłużyłem na to. Dobrze wiem, że to moja wina. Leżę tam…
Ranek po dramacie jest okrutny. Budzę się już w innej rzeczywistości. Szaro, smutno. Nie świeci już słońce. Ciężkie chmury przysłoniły pogorzelisko. Tyle rzeczy spłonęło. Tyle wspomnień. Obraz jakiegoś impresjonisty w krzywym zwierciadle. W pozłacanej ramce. Ale on nie cieszy oka…
Wstaję. Powoli otwieram oczy. Wszystko jest dla mnie takie ciężkie. Ale nie mogę się skarżyć. I staram się tego nie robić. Powoli odgarniam połamane deski i poczernione cegły. Wszystkie zachowane pamiątki chowam do kieszeni. Trzymam je długo. Cieszę się ich widokiem. Ale pracuję. Ciężko. Krok po kroku. Nie ważne rany na dłoniach i głowie. To wszystko nie ważne. Nie ważne łzy. Ty jesteś najważniejsza. I wszystko co czujesz jest dla mnie bardzo ważne. Cichutko i skromnie rozgarniam ten gruz. Kładę nową deskę. Przybijam ją. To nic, że krew. To wszystkie blednie przy moim uczuciu do Ciebie. Jesteś na pierwszym miejscu. I żadne słowa tego nie oddadzą.
Spalone deski. Na jednej z nich napis „Kochanemu kotkowi – Przemuś…”
2007-06-20 18:54:19 skomentuj (2)
LXXXXIII. Epejsodion... Niech Się Święci 3 Maja!
Dziennik pokładowy – Timeless Pierwszy
Zegar się zatrzymał…
Świt. Oblany potem budzę się gwałtownie. Cisza. Koszmar. Czułem, że spadam z wysokiego urwiska. Pode mną ciemność. Nade mną ciemność. Wokół chaos i łzy. Ktoś krzyczał, że to nie ma sensu. Ale ja mimo to spadałem. W nicość. Po prostu ciało, wbrew mej woli, szybowało głową w dół bez jakiegokolwiek przeznaczenia. Horror. Nic nie mogłem zrobić. Świt obudził mnie sam…
Cisza. Coś jest nie tak. Gdzie ptaki? Gdzie ich śpiew? Gdzie hałas ogarniającej dom ulicy? Tylko cisza beznamiętnie gra swoją nudną melodię. Nie słyszę własnych słów. Nie słyszę Twoich słów. Cisza! Patrzę w brudną ścianę i nic nie rozumiem. Jeszcze wczoraj mogłem Ci powiedzieć, kim dla mnie jesteś. Teraz nie potrafię cofnąć własnych marzeń. Cisza mnie przytłacza. Boli. Po policzku łza. Obejmuje nagie kolana. Trwam tak jak posąg. Cisza…
Nie. To nie sen. To najprawdziwsza jawa. Okrutna rzeczywistość. W parę godzin straciłem zdolność słuchania o miłości. Klęska na całej linii. Jestem ułomny. Kilkanaście procent mojego zdrowia w jednej chwili szlag trafił. Ulotniła się niczym kamfora. Wciąż boli…
Wzrok, już nie tak zdolny pozostał. Dotykam swojej mokrej twarzy. Czuję jej bladość i chłód. Co się stało? Nie wiem. Chcę krzyczeć, ale i tak nie usłyszę swojego głosu. Łzy gniewu na samego siebie. Poczucie bezsilności. Wybiegam z pokoju. Biegną na ulicę. Przed siebie. Szybko. Potykam się co chwila. Ranię sobie kolana i łokcie. Biegnę. Co sił w płucach. Znów się potykam. Nie wstaję. Po prostu siadam na brzegu urwiska. Czekam. Obejmuje wzrokiem dzieło zniszczenia. Boli…
Ja wierzę, że gdzieś tam jest lekarstwo. Czuję jego słodki smak. Na razie na nie nie zasłużyłem. Więc czekam pośród ciszy i bólu. Przecież nie umrę. Nie dziś…
2007-05-05 18:08:30 skomentuj (1)
LXXXXII. Epejsodion... 30...
Dziennik pokładowy – Dzień Sto Siedemdziesiąty Trzeci…
Miłość łączy dwa bieguny najbardziej oddalone od siebie…
Trzydziesty. Tak, jak słońce unosi się pomału nad horyzontem tak i ja unoszę swoje marzenia wysoko. Prosto do Ciebie. Tysiące, miliony marzeń. Tak wiele zrealizowanych z Tobą. Tak wiele czekających w kolejce na odkrycie. Proste i przyziemne. Wielkie i niesamowite. Jak Ty. Jak My…
Trzydziesty. Dzisiaj wszystko ma inny smak. Ponure śniadanie zamienia się w wykwintny posiłek. Poranne „Dzień dobry” wesoło budzi zmęczone nocą oczy. Uśmiech ma dziś magiczną moc. Jest taki cudowny, a zarazem tak skromny. Dzisiaj jest go tak dużo. Nawet słońce nie wydziela tyle ciepła. Daje radość i mnóstwo siły. Zwykły spacer zamienia się w cudowną randkę w blasku świec. Tam, gdzie na niebie tańczą wesoło gwiazdy. Pamiętasz jak wtedy smakuje pocałunek? Jak słodycz Twych ust rozlewa się po moim ciele. A dotyk jest niczym uzdrowienie po ciężkiej podróży. Tak właśnie. I miliony słów mógłbym przytoczyć i napisać złamanym mym piórem. Lecz ja to wiem i Ty wiesz to także…
Trzydziesty. Jak niedawno się urodziłem. Wraz z Tobą. Od tego dnia nie jestem już taki sam. Zmieniłem się. Dojrzałem tę jasną stronę Księżyca, która zawsze była odwrócona do mnie plecami. Odkryłem blask gwiazd i piękno świtu. Krok po kroku. Codzienne prezenty. Tak mnóstwo ich mi dajesz. W każdej sekundzie mego życia. W dzień i w nocy. Czuwasz nade mną. I mimo moich wad jesteś. I to dla mnie najlepszy prezent. I właśnie tego dnia chcę mówić Ci, co czuję. Dziękować, że nadal mogę to robić. Przepraszać za każdą Twoją łzę. Być. Po prostu istnieć…
Trzydziesty. Każdego dnia z Tobą…
2007-05-01 01:12:28 skomentuj (1)
LXXXXI. Epejsodion... Work...
Dziennik pokładowy – Dzień Sto Siedemdziesiąty Trzeci
A gdybyś tylko małego misia ujrzeć chciała…
Pole. Świeżo skoszona trawa zaprasza zapachem. Lato. Słońce w pełni góruje nad horyzontem. Błękitne niebo spogląda na moją pracę. Powoli, krok po kroku buduję. Nie mam żadnych narzędzi. Tylko swoje dłonie. Czasem kaleczę je o ostre kamienie. Czasem płaczę z bezsilności gdy nie mogę zrobić kroku naprzód. Mały człowieczek…
Cegiełka. Mój wkład w naszą przyszłość. Malutka. Jedna z miliona. Ale ciężka. Zawiera trudny bagaż przeszłości. Hektolitry łez i fałszywych nadziei. Dźwigam ją i umieszczam nad inną. Zrobioną przez Ciebie. Dla mnie. I tylko dla mnie. Powoli, krok po kroku…
Buduję nasz wspólny dom. Mimo tylu przeszkód. Codziennie ciężko pracuje abyśmy byli szczęśliwi. Moje niedoskonałości i błędy spowolniają tempo tych prac. Czasem cegiełka rozpadnie się w dłoniach. Czasem nie mam siły żeby podnieść następną. I ta obawa, że nie będzie to pałac z bajki. Przecież zasługujesz na to, aby być szczęśliwa. Abyśmy razem dźwigali to wszystko. Bo we dwójkę łatwiej. Dziękuję że mi pomagasz. Przytulisz po pracy. Pocałujesz. Wtedy wiem, że moja praca nie idzie na marne. Staram się aby wszystko było łatwe i proste. I wygładzam wszystkie szczeliny w naszych cegiełkach. Codziennie. Czasem kaleczę sobie palec. Ale to już nie boli. Twój uśmiech wystarcza ze wszelkie lekarstwo…
Dom. Ty i ja. My. Wierzysz, że potrafię coś zbudować?
2007-04-09 12:26:12 skomentuj (1)
powered by Blog.pl